Mandzin

27 km na północ od Brzostowicy

Rejon brzostowicki

Dawny folwark w majątku ziemskim należący do Ursyn Niemcewiczów. W latach dwudziestych XX w. otrzymała go Jadwiga, córka Marcelego Niemcewicza, właściciela Kniaziewicz, zamężna za Wincentym Krassowskim. Według informacji zawartej w spisie ziemian z 1930 r., majątek liczył 170 hektarów ziemi. Na początku lat trzydziestych  XX w. po uzgodnieniu zamiany z siostrą, właścicielem Mandzina został Tadeusz Ursyn Niemcewicz żonaty z Eugenią z Szymulskich. Natomiast Jadwiga Krassowska z rodziną przeniosła się do Kniaziewicz. Syn Tadeusza i Eugenii, Witold Ursyn Niemcewicz, zamieszkały w Golubiu-Dobrzyniu wspomina:

„Kiedy rodzice urządzili się jako tako w Mandzinie zabrali mnie od pp. Jodkowskich do siebie. Zastałem w Mandzinie już swoją nowonarodzoną siostrzyczkę. Mandzin leżał w podłużnej nizinnej niecce, przez którą przepływała leniwie licznymi zakolami rzeka Świsłocz. Ziemia, której właścicielem został ojciec, była doskonała, pszenno-buraczana. Pod warstwą czarnoziemu znajdowała się dobrej jakości glina, z której wyrabiano bardzo dobre cegły. W dolinie Świsłoczy były też torfowiska, które eksploatowano na opał, oraz wspaniałe łąki, soczyste, tworzące wiosną barwny kobierzec. Budynki w Mandzinie były stare, w opłakanym stanie. Jedynie lamus był masywną budowlą z kamienia, podpiwniczoną i pokrytą blachą. Reszta licznych budynków była przeważnie drewniana, kamienno-drewniana lub ceglana i miała przeciekające dachy. Wymagała pilnego remontu. Ojciec sprowadził maszynę do robienia gontów i szybko pokrył budynki nowym gontem. A budynków było sporo. Z jednej strony dużego majdanu stała olbrzymia czterodrzwiowa stodoła, stajnia i magazyn zbożowy, z drugiej strony obora, chlewnia i szopa na siano i narzędzia rolnicze. Prócz tego kuźnia, czworaki i nasz budynek mieszkalny. Był to kilkapokojowy stary dom, drewniany, z dwiema tak zwanymi bokówkami, dużą kuchnią, dwuczęściową spiżarnią, sienią i gankiem bez żadnych wygód. Piece opalane głównie torfem. Oświetlenie oczywiście naftowe”.

Duży drewniany budynek mieszkalny był rozebrany w czasie I wojny światowej, a grube bale zużyto do budowy znajdującego się w pobliżu mostu na Świsłoczy. Według W. Niemcewicza w Mandzinie rosło dużo starych drzew. Były to rozłożyste, olbrzymie topole i na większości z nich znajdowały się bocianie gniazda. W. Niemcewicz wspomina:

„Mandzin należał do gminy i parafii w Indurze. Jeździlismy tam lekką bryczką, zaprzężoną parą koni cugowych (Iskrą i Gniadym)… Ze swego okresu przedszkolnego pamiętam kilka wyjazdów z rodzicami. Jednym z nich był wyjazd do Ciecierówki. Był to piękny 1000-hektarowy majątek Jerzego i Ludwiki Ursyn Niemcewiczów. Jerzy był bratem stryjecznym mego ojca i dowodził szwadronem, w którym służył ojciec i brat mojej matki Teodor, podczas wojny polsko-bolszewickiej. Goszczono nas w dworze wspaniale. Często jeździłem z rodzicami do pobliskich Olekszyc, do majątku państwa Sobolewskich, z którymi rodzice przyjaźnili się. Było tam gwarnie i wesoło… Jeździłem też kilkakrotnie z rodzicami do Małej Brzostowicy, do majątku pp. Wołkowickich. Byli to starsi, bardzo kulturalni ludzie… Często gościliśmy u pp. Kozłowskich w majątku Żytorodź koło Indury, a także u pp. Jodkowskich w Kraśniku i u cioci i wuja Krassowskich w Kniaziewiczach. Z ojcem pamiętam wyjazdy do pp. Kozłowskich w majątku Golnie, do p. Kraski w Borysowszczyźnie i do pp. Bispingów w Massalanach. Niejednokrotnie bywaliśmy u pp. Rzeczyckich, właścicieli młyna wodnego na Świsłoczy w Jermoliczach. Posiadali małą turbinę wytwarzającą elektryczność dla własnych potrzeb. Tam po raz pierwszy zobaczyłem w młynie i w domu pp. Rzeczyckich swiatło elektryczne… Rządcą w Mandzinie, jak zapamiętałem z wczesnego dzieciństwa, był p. Hlebowicz. Był to starszy pan z sumiastym siwym wąsem – typowy szlachcic”.

Według W. Niemcewicza ich domowym lekarzem był doktor Antoni Docha, przyjeżdżał do nich czasami z Żukiewicz, gdzie mieszkał. Ciekawymi były wizyty generała Trusowa, właściciela majątku w Kopciówce. W. Niemcewicz relacjonuje:

„Był to starszy, dystyngowany Pan, o wytwornych manierach, były carski generał. Uszedł z życiem przed bolszewikami i opowiadał ciekawe historie. Przyjeżdżał w towarzystwie przyjaciela o niemieckim nazwisku. Jedli z nami obiad, pili herbatę z samowara i prowadzili z rodzicami długie rozmowy. Nocowali nad rzeką w namiocie, nie polowali, pływali i chyba łowili ryby. Na polowania na dzikie kaczki przyjeżdżał natomiast głównie p. Witold Kozłowski z Żytorodzi”.

W szczególny sposób przygotowywano się do żniw. W. Niemcewicz relacjonuje:

„Matka miała zainstalowany w jednej z bokówek drewniany warsztat tkacki i tkała na nim płótno z lnu, którym moszczono drabiniaste wozy zwożące snopy zboża z pola. Zapobiegało to utracie ziarna wysypującego się z kłosów podczas transportu. Z płótna tego robiono też sienniki, prześcieradła i szorstkie ręczniki, które służyły nam przez wiele lat. Co roku na początku żniw w Mandzinie ojciec zabierał mnie w pole. Tam żniwiarze przewiązywali nas słomianymi powrósłami i składali życzenia. Ojciec musiał się wykupić srebrną monetą (taki był zwycaj). Często pracownicy nazywali mnie „paniczem”, ale nie imponowało mi to wcale. Bawiłem się i przyjaźniłem z dziećmi z czworaków i nie obchodził mnie ich status… Po żniwach rozstawiano przed domem stoły, zastawiano je różnymi potrawami oraz napojami i odprawiano dożynki dla wszystkich pracowników. Były muzyka, taniec i śpiewy do późnej nocy”.

Najciekawszy był okres po żniwach, jak wspomina W. Niemcewicz:

„Jak już uprzątnięto z pola zboże, pojawiało się u nas wojsko na coroczne manewry. Teren rzadko zaludniony nadawał się do gier wojennch. Była to głównie kawaleria (strzelcy konni lub ułani). Piękne wierzchowce stały rzędem uwiązane wzdłuż ogrodzenia, żołnierze wypoczywali w stodole lub szopie na sianie, oficerowie gościli w naszym domu…”

Tadeusz Ursyn Niemcewicz był bardzo przywiązany do wojska. Na początku 1918 r. w wieku 17 lat zgłosił jako ochotnik do 1 Korpusu Polskiego i został wcielony do 1 Pułku Ułanów. Od lutego 1918 r. wraz z korpusem walczył z bolszewikami, uczęstniczył w działaniach bojowych przy zdobyciu Twierdzy Bobrujsk. Po rozwiązaniu Korpusu przedostał się do Warszawy, gdzie w listopadzie 1918 r. brał udział w rozbrajaniu Niemców. Wstąpił do 1 Pułku Ułanów Krechowieckich. W 1919 r. w składzie pułku walczył z bolszewikami na Wołyniu. W walkach o Wilno podczas szarży ułańskiej był lekko ranny w rękę. Uczestniczył w działaniach bojowych do końca wojny polsko-bolszewickiej. Powrócił na Ojcowiznę do Kniaziewicz z kilkoma odznaczeniami bojowymi i stopniem podoficerskim. Należał do  Związku Dowborczyków, Związku Ziemian oraz innych organizacji i stowarzyszeń. Udzielał się w nich społecznie.

Tadeusz Ursyn Niemcewicz jako ułan 1 Pułku Ułanów Krechowickich. 30.05.1919 r.

Właściciela majątku Tadeusza Ursyn Niemcewicza irytowało to, że miejscowi Białorusini przekręcali stale nazwę Mandzin i zamiast niej używali nazwy Znajdzino. Załatwił on urzędowo zmianę nazwy „Mandzin” na „Ursynów”. Miał pieczątkę o treści: Tadeusz Ursyn Niemcewicz / maj. URSYNÓW / poczta Indura / powiat grodzieński/. Ale nowa nazwa nie przyjęła się i nadal mówiono „Znajdzino”. W dokumentach była nazwa Mandzin lub Ursynów.

W. Niemcewicz wspomina o rozwoju gospodarczym majątku:

„Przyjeżdżając na ferie co kilka miesięcy z Grodna do Mandzina obserwowałem wyraźny postęp w gospodarstwie. Minął okres Kryzysu Światowego i od 1935 r. gospodarka całego kraju uległa stopniowej poprawie. Ojciec dokładał wszystkich sił, aby „odbić się od dna”. Należał do organizacji spółdzielczych Kasy Stefczyka. Prenumerował czasopismo „Plon” i inne fachowe wydawnictwa rolnicze. Dokształcał się zawodowo i starał się iść z postępem. Pomagał mu w tym dzielnie pan Mikołaj Sołtan, który objął stanowisko rządcy po panu Hlebowiczu. Był samotnym, światłym człowiekiem, z wykształcenia sadownikiem-ogrodnikiem, rozmiłowany w swojej pracy. Zamieszkał z nami i wiele mu zawdzięczamy. Założył inspekty, szklarnie, nowe sady owocowe, ogrody, nowe odmiany warzyw, pasiekę itd. Powiększyło się znacznie stado krów. Codziennie odwożono mleko z udoju do zlewni. Wojsko kupowało od nas koniczynę. Doskonale udawały się uprawy buraków, ziemniaków i zbóż (głównie pszenicy). Ojciec kupował stopniowo nowe, unowocześnione maszyny rolnicze, ale ziemię uprawiano nadal końmi. Każdy najdrobniejszy nawet sukces sprawiał radość. Ale radość trwała niestety krótko…”

W końcu sierpnia 1939 r. w ramach mobilizacji Tadeusz Ursyn Niemcewicz, jako podoficer rezerwy, został powołany do Ośrodka Zapasowego 29 Dywizji Piechoty w Grodnie, po czym został skierowany na front.

Dalsze wspomnienia Witolda Ursyn Niemcewicza w pełnej mierze odzwierciedlają dramat właścicieli majątków, a także ludności polskiej na Kresach po 17 września 1939 r.:

„…No i zaczęły się rozruchy wzniecone przez skomunizowane białoruskie wioski, których mieszkańcy byli zorganizowani i uzbrojeni. W pobliżu Mandzina było kilka wsi białoruskich: Koniuchy, Kozły i Jarmolicze. Przyszło ich kilku z bronią, z tak zwanymi odrezami, pewni siebie, nastawieni bojowo, bo wojska sowieckie ciągnęły już nieprzerwanie pobliską szosą z południa na północ w kierunku Grodna. Byli to Białorusini z Koniuch. Zachowywali się tym razem agresywnie. Krzyczeli do matki: ‘Gdzie arużije? Dawaj arużije!’ (dawaj broń!). Pod pretekstem żądania wydania broni przeprowadzili rewizję i rabowali to, co chcieli. Przystawili matce lufę do piersi, grożąc zabiciem, jeśli im nie wyda tego, co chcieli. Rzuciłem się matce na ratunek. Kopnięty silnie i uderzony kolbą w głowę upadłem… Przeżyliśmy wówczas chwile grozy. Jakoś uspokoili się po chwili, zostawili nas i odeszli. Zaczął się natomiast bezkarny rabunek mienia majątkowego. Komisarze wkraczających wojsk sowieckich (przeważnie Żydzi) podjudzali Białorusinów przeciwko Polakom… Białorusini zachęceni słowami komisarzy sowieckich zabrali się ochoczo do dzieła niszczenia, rabunku i mordów. Zabierano nam wszystko, co kto chciał. Niszczono inspekty, sady, ogrody, zabierano zwierzęta gospodarskie, drób, ziarno z magazynu itd…

23 lub 24 września wieczorem ktoś zapukał do okna sypialni. Matka otwrzyła okno i z kimś szeptała. Okazało się, że to ojciec powrócił z wojny i chciał się upewnić, czy może bezpiecznie wejść do domu. Ucieszyliśmy się bardzo. Ojciec był zmęczony trudami wojennych przejść i zmizerniał bardzo. Ubrany był po cywilnemu, miał na sobie tylko nowe, wojskowe, brązowe saperki i przyniósł nowy wojskowy koc. Wieść o powrocie ojca rozeszła się szybko i już nazajutrz przyszło kilku Białorusinów z pobliskich Koniuch z „odrezami”. Zachowywali się spokojnie… 26 września, miało się właśnie ku wieczorowi, przyszło kilku uzbrojonych Białorusinów, tym razem z Jarmolicz, z czerwonymi opaskami na ramionach. Oznajmili, że mają „prikaz” (rozkaz) doprowadzić ojca do Jarmolicz na „dopros” (przesłuchanie). Jarmolicze były najbardziej skomunizowaną wsią białoruską, cieszącą się złą słąwą i namniej nam przychylną. Ojciec bez słowa i oporu ubrał się w półkożuszek, buty saperki, pożegnał nas i poszedł z eskortą. Już nigdy więcej nie zobaczyliśmy go żywego. Tego samego dnia został zamordowany w miejscu zwanym Popową Jamą między Mandzinem a Jarmoliczami, gdzie strumień wypływający z bagnistych łąk wpada do Świsłoczy. Białorusini z Jarmolicz chełpili się wówczas zamordowaniem Niemcewicza, a jeden z katów – Żurniewicz chwalił się obrączką ojca, którą nosił… Szybko dowiedziałem się o zamordowaniu ojca, ale milczałem. Matka żyła jakiś czas nadzieją, że ojciec powróci. Byli w tych strasznych czasach odważni i dobrzy ludzie, którzy niesli nam pomoc. Ludzie ostrzegali matkę, aby lepiej uciekała, bo przyjdą po nią i dzieci. Zorganizowano wóz parokonny, załadowano skromny dobytek i nocą po kryjomu wyjechaliśmy do Grodna…”

Po otrzymaniu nakazu opuszczenia Grodna w 1940 r. Eugenia Niemcewicz z dziećmi doznała kolejnej tułaczki. Zatrzymywali się na pobyt w kilku miejscowościach u życzliwych ludzi. Opatrzność sprawiła, że nie zostali wywiezieni na Syberię. W 1940 r. władza sowiecka w majątku Mandzin urządziła kołchoz. W 1941 r. przejęła go niemiecka administracja i wyznaczyła swego administratora. W 1942 r. po uzyskaniu zgody u władz niemieckich zwłoki Tadeusza Niemcewicza ekshumowano i przeniesiono na cmentarz parafialny w Indurze. Po 1945 r. Eugenia Niemcewicz, jej syn Witold i córka Barbara po wielu przejściach zamieszkali w powojennej Polsce. Mandzin po II wojnie światowej został nazwany Znajdzinem, zbudowano tam cegielnię, która działała do początku lat 90. XX w. Ziemia została przejęta przez kołchoz.

Dawny majątek Mandzin. Stan z 2018 r.

Po pierwszym odwiedzeniu w 1990 r. Mandzina, W. Niemcewicz w swoim pamiętniku napisał:

„Zewsząd wiało smutkiem. Pozostało trochę znajomych drzew, resztki sadu i alei klonowej, kupki gruzu i zarośla. Sowieci zbudowali tu cegielnię (obecnie nieczynna). Wszędzie nieład i brak oznak życia… Długo chodziłem, szukając śladów przeszłości. Na miejscu naszego drewnianego domu zastałem kupy kamieni i gruzu. Dawne budynki nie istniały… Z trudem przedarłem się przez gęste, dziko rosnące zarośla do Świsłoczy. To wszystko, co zobaczyłem sprawiło smutne i przerażające wrażenie”.

Tak wyglądała zagłada dworów na Kresach po 1939 r.

Mandzin. Fragment alei klonowej, Stan z 2018 r.
Z majątku pozostały tylko stare drzewa. Stan z 2018 r.